Zasłużyć na miłość...
Autorem artykułu jest Sylwia F.
Moje dość osobiste przemyślenia na temat potrzeby miłości.
Prawie wszyscy pragniemy być kochani. Dlaczego "prawie"? Ponieważ znam osoby, które twierdzą, że im na tym nie zależy. Zazwyczaj "już" nie zależy. Nie wiem, ile w tym prawdy - czy dojrzały na tyle, że wiedzą, iż ważniejsze jest by kochać a nie być kochanym, czy też po prostu same się oszukują, by zapomnieć o swoim głębokim zranieniu. Może bywa i tak i tak. Ale tego po prostu nie wiem.
Należę do osób, które bardzo chcą być kochane i które wcale się takie nie czują. Zapewne wielu z Was czuje podobnie. Wierzę, że źródła takiego stanu rzeczy tkwią w dzieciństwie. Spójrzmy na ludzi wokół, zwłaszcza tych, którzy nas potrafią nieźle wkurzyć. Urzędników, współpasażerów w autobusie, przechodniów, współpracowników.
Wszyscy oni są zwykłymi ludźmi, wielu jest lub będzie rodzicami, często dzieje się to przypadkowo. Stając się rodzicami nie stają się doskonali, nie zawsze są choćby "wystarczająco dobrzy" by nimi być. Bycie rodzicem wymaga świętej cierpliwości, zdrowia, dużego zapasu energii, otwartego serca i pracy nad sobą. Z tym ostatnim jest trudno. Nie chce nam się, łatwiej jest tkwić w tym, co znamy, w schematach i egoizmie niż "wznosić się na wyżyny" swoich możliwości.
Życie i bez tego jest wystarczająco trudne. A dzieci, wrzucone w tą sytuację jak przysłowiowa śliwka w kompot domagają się uwagi i czasu, po prostu miłości, i często niewiele z tego dostają. Podrzucane do babci, żłobka, przedszkola, nie zawsze mają okazję dobrze poznać swoich rodziców i być przez niepoznane.
Nie mam własnych dzieci i nie za wiele pamiętam z pierwszych lat swojego życia, ale podejrzewam, że do pewnego momentu dziecko czuje, że powinno być kochane za to tylko, że jest. Dopiero, gdy do niego zaczyna docierać, ze tak nie jest, budzi się w nim poczucie odpowiedzialności czy winy za zaistniałą sytuację. Dziecko z pewnością nie myśli sobie "moi rodzice nie umieją kochać", raczej dochodzi do wniosku, że skoro takie, jakie jest, nie jest kochane i akceptowane, to musi coś ze sobą zrobić”, aby na tą miłość zasłużyć.
Pomysłów może być mnóstwo, tak wiele, że tutaj ich nie wymienię (np. bycie grzeczną dziewczynką kosztem stłumienia swojej żywiołowości). Z czasem zamiast próbować zasłużyć na miłość, jeśli to się nie powiodło (a prawie na pewno nie), dziecko zamiast miłości może wymusić przynajmniej uwagę. Jak? Sprawiając kłopoty. Mamę można zmartwić, tatę można rozwścieczyć - ale czyż nie jest się nareszcie w centrum uwagi? Kto wie, jak wiele pozornych kłopotów z dziećmi ma właśnie takie źródło?
Marnujemy cenny i krótki czas naszego życia, usiłując zasłużyć na miłość innych ludzi. Myślimy jak i co zmienić w sobie, powracają słowa "zrób coś ze sobą". Mamy setki sposobów na "dbanie o siebie" - od odchudzania się po objadanie by sprawić sobie przyjemność, od biegania na siłownię i "pakowania" po leżenie przed TV. Nie mówiąc o poświęcaniu własnego "ja", własnych poglądów i upodobań, aby dopasować się do tego, co wydaje nam się zgodne z pożądanym wzorcem.
Ulegamy złudzeniu. Tracimy siebie, tracimy życie. Popadamy w specyficzne uzależnienie. To przykre i smutne, ale inni nas wykorzystują i wciąż nie dają nam tego, czego tak bardzo pragniemy. Pojawia się depresja, której nie wyleczą tabletki - czujemy to głęboko w sobie. Widzimy, że nasze wysiłki w kwestii zasłużenia na miłość nie zdają się na nic, ale wciąż świadomie lub podświadomie próbujemy to zrobić. Jesteśmy zagubieni i bezradni, osamotnieni. Widzimy świat w czarnych barwach. A miłość to dar i nie można na nią zasłużyć. Co więcej - w jakiejś formie istnieje w naszym życiu także teraz. Tak, wiem - nie jest taka, jakiej pragniesz - wiem, bo znam to uczucie.
Rzecz w tym, że nawet nie bardzo wiemy, czym jest ta miłość, czym miałaby być.
Bezgranicznym uwielbieniem, zakochaniem? Zaspokajaniem wszystkich zachcianek? Czym jest dla Ciebie? Dla mnie przede wszystkim zauważeniem mojej osoby, dobrocią i troską o moje potrzeby. Jednak przede wszystkim tym zauważeniem - tego, kim jestem naprawdę, co czuję, czego potrzebuję, jakie mam możliwości. I wiarą w te możliwości.
Ktoś, kto nas kocha powinien - w rozsądnych granicach (konieczne są kompromisy) nie blokować naszego rozwoju a wręcz go wspierać. Zgadzam się też z tezą, że miłość ma w sobie dużo z postanowienia, decyzji, by kochać. Nie możemy liczyć na "narkotyczny" stan zakochania. Zakochanie bywa ucieczką, taką samą jak alkohol czy narkotyki.
Przestaje się układać to zakochujemy się w kimś innym. Wygląda to może kusząco, ale niesie za sobą ogromną krzywdę porzuconych osób, a nam nie przynosi nic trwałego i wartościowego, nie przynosi miłości, której szukamy.
Co więc robić? Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Choć występuję tu w pewnym sensie w roli eksperta, jestem dopiero na początku tej drogi i nie wiem dokąd mnie ona może doprowadzić. Mam na tę podróż kilka pomysłów:
- powiedzieć sobie, że zasługujemy na miłość - nawet, jeśli w to nie wierzymy i bez względu na aktualną sytuację,
- zastanowić się nad historią swojego życia i zrozumieć, skąd się wziął ten brak, którego doświadczamy - to bolesna część pracy nad sobą,
- otworzyć się na miłość, która jest już teraz skierowana w naszą stronę - ciepło słońca, zapach kwiatów czy świeżej kawy, uśmiech dziecka, zabawę z psem - we mnie rodzi to łzy, ból i wzruszenie, uświadamiając, czego tak bardzo mi brakuje,
- dbać o własne "ja" - mieć własne gusta, zainteresowania - choćby nie wiem jak wydawały się tandetne i mało ambitne dla innych - są nasze, a od czegoś trzeba zacząć
- nie zmieniać się - co brzmi może dziwnie, ale nie oznacza braku rozwoju, rozwój to jednak stawanie się najlepszym, jakim się może być - a nie kimś innym niż się teraz jest,
- zawierzyć życiu, Bogu, naturze - w cokolwiek wierzymy - że przyniesie nam to, czego potrzebujemy,
- robić coś dla innych - dzielić się miłością, każdym drobnym gestem, na jaki nas stać,
- uczyć się wybaczać i wyrażać uczucia,
- zrozumieć, że miłość nie stanie się naszym udziałem w wyniku wysiłku, lecz może przyjść do nas jedynie, jako dar czyjegoś serca.
Życzę Wam tego.
Artykuł pochodzi ze strony www.relacje.net
Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl
Bywają związki zaledwie powierzchowne jak i takie, które sięgają głębokich zakamarków naszej duszy, jak związek z ukochaną osobą albo z Bogiem, który jest w samym jej centrum. Wszystkie te związki mają jedną wspólną cechę - służą naszemu rozwojowi. Rozwojowi nie w górę, jak to jest u roślin, lecz rozwojowi wgłąb, do wnętrza, do samego centrum duszy. Gdy wszystko inne już odpadnie, zostanie tylko to centrum, którym jesteś naprawdę. Gdybyś z zawodu był tokarzem lub ślusarzem, to mógłbyś powiedzieć, że całe nasze życie to jedna wielka obróbka skrawaniem.
Dusze żyją w harmonijnej jedności, są jednością. Ta druga osoba, kierowana przez swoją duszę, czyta twoją otwartą księgę i od czasu do czasu pokazuje palcem "spójrz tutaj, tu rośnie chwast". Oj, jaki ból! Jak on tak śmiał?! I wtedy nagle z bólem zamykasz księgę przed tą osobą i postanawiasz, że już nigdy jej przed nikim nie otworzysz. Leczysz ten ból przez jakiś czas, głos duszy z głębi po cichu podpowiada ci, że ta osoba jednak zrobiła ci wielką przysługę. Ta osoba nie była nawet świadoma, zupełnie "niechcący" nacisnęła tobie na ukryte bolesne miejsce. Nie wiedziałbyś o istnieniu tego miejsca gdybyś nie pokazał wnętrza swojej księgi. Po jakimś czasie znowu się otwierasz, te chwile otwarcia są cudowne, czujesz swoją duszę, czujesz radość, "motylki w brzuchu", błogość. Ta druga osoba też to czuje, obie księgi są otwarte, jest cudowny taniec dusz, Ying i Yang w jedności krążą. Jednak ta krystalicznie czysta dusza w środku ma własny, wyższy plan związany z twoim związkiem. Celem duszy jest uwolnić się ze wszystkich skorup. Tym razem ty "niechcący" mówisz coś co odkryło warstwę pancerza w twoim partnerze (nie ma nic "niechcący", wasze dusze dokładnie to zaplanowały). Sytuacja się powtarza, jest ból, być może pretensje i na końcu oczyszczające łzy, albo... rozstanie, jeśli ta osoba nie dojrzała jeszcze do zrzucenia tej warstwy z siebie.
Bądź jak pusta rura. Pusta, cienka i prawie nieistniejąca. Przez pustą rurę woda płynie szybko. Przez człowieka o szczerym sercu płynie radość, miłość, szczęście. To jest stan naturalny. Gdy na duszy nawarstwią się urazy, gniew, nieszczerość i tony innych emocji, których nawet nazwać się nie da, to naturalna radość nie jest się w stanie przez to przecisnąć, a nawet gdy się przeciśnie, to jest zanieczyszczona całym tym brudem z rury.
Kochaj więc wszystkich i wszystko. W ten sposób szybciej zdejmiesz z siebie warstwy błota lub betonu, które przesłaniają twoją duszę. Niektórzy będą cię spłukiwać wodą, a inni posłużą się młotkiem i przecinakiem. Może to być bolesne. Lecz wiedz, że tak naprawdę to chcesz tego. Chcesz by skorupa twego twardego orzecha w końcu pękła, by nasionko mogło wykiełkować ku słońcu, by stać się... ogromnym lasem. Jakie wówczas znaczenie będzie dla ciebie miał ten ból pękania skorupy orzecha?